Ciechanowscy... patrycjusze - 06-400.pl Ciechanów informacje aktualności
Zdzisław Blady

Ciechanowscy... patrycjusze

Zdzisław Blady

źródło: Wikipedia

Z historii starożytnej znamy... patrycjuszy. W starożytnym Rzymie byli oni uprzywilejowaną warstwą społeczną, która -jako jedyna- miała dostęp do wysokich urzędów publicznych a wydatki na ówczesne igrzyska traktowała jako sposób na zdobycie urzędu. Nie szczędzili więc sił i środków aby zapewnić publice ciekawą rozrywkę. To przekładało się w sposób wymierny na zdobywanie elektoratu. Czasy się zmieniły. Funkcje sprawowane przez ludzi zmieniły swoje nazwy. Zmienił się także elektorat. Schemat jednak pozostał. A już szczególnie w wymiarze lokalnym.
Od starożytności nie zmieniło się także to, że każda władza, niezależnie od szczebla, łoży niemałe pieniądze na utrzymanie sportu. Od gminy po województwo. I w porządku, sport kształtuje charakter, uczy dyscypliny. Zresztą zawsze miło, kiedy nasi sportowcy odbierają medale. Co prawda to już nie te czasy, kiedy miejsca dookoła areny szczelnie wypełniali gapie. Obecnie tylko duże widowiska sportowe przyciągają ludzi. Te mniejsze, lokalne, przyciągają niemal wyłącznie samych zainteresowanych, najczęściej dopingujące rodziny i znajomych. Jednak to nie powód, aby nie przekazywać pieniędzy z budżetów samorządowych na wykształcenie następców Roberta Lewandowskiego, Tomasza Majewskiego, czy Łukasza Kubota.

Sport się zmienił. I to, jak sport z upływem lat zmienia swój wymiar, pokazuje ton listu, z którego treścią można było się zapoznać ostatnio w jednym z tzw. lokalnych portali informacyjnych. Wystosowali go lokalni sportowcy do klubu radnych Prawa i Sprawiedliwości w Radzie Miasta Ciechanów. Tuż tuż uchwała budżetowa, w której radni będą decydować ile pieniędzy trafi w 2018 roku m.in. na potrzeby sportowców. Nie ma nic złego w staraniach o realizację własnych postulatów oraz o środki na prowadzoną przez siebie (jeśli oczywiście też i na rzecz mieszkańców Ciechanowa) działalność. Niestety zdrową perswazję zastąpiły wyłącznie wymagania, nieskrywana już w ogóle roszczeniowość oraz przebrzmiewająca między zdaniami chęć pozbawienia radnych ich prerogatyw.

Skąd to zamieszanie? Otóż ktoś ośmielił się zapytać o sposób zarządzania miejskimi obiektami sportowymi, o rozliczanie tych obiektów, o umożliwienie przyjrzenia się zasadom na jakich przyznawany jest dostęp do nich poszczególnym klubom sportowym. Nie zadał tych pytań kierowca na szlabanie przed krytą pływalnią, a przewodnicząca komisji rewizyjnej przy Radzie Miasta. Komisji, której zadaniem jest przyglądanie się wydatkom samorządu. Przyglądanie się ich celowości. Zwracanie uwagi na gospodarowanie mieniem. Ale też to, czy każdy ma równe szanse w kolejce po dostęp do obiektów sportowych. Szczególnie jest to ważne w sytuacji, gdy proces jest mało transparentny. Czemu w komisji zrodziły się pytania? Być może dlatego, że w październiku Rada Miasta, na sesji nadzwyczajnej, musiała podjąć decyzję o dołożeniu 1,2 mln zł do kasy Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Podmiotu, który z ramienia prezydenta odpowiada za praktycznie wszystkie obiekty sportowe w mieście.

Skoro na radnych ciąży odpowiedzialność za podejmowanie decyzji, to nie tylko mogą ale wręcz powinni dociekać jak są wydatkowane publiczne pieniądze. Ktoś pyta - źle, gdy nie pyta, to znaczy, że się nie interesuje. Wtedy to będzie i jego wina, jeśli coś się złego stanie. Czy gdy ktoś widzi, to ma zamknąć oczy albo patrzeć w inną stronę? Nie. Bo to byłoby istne kuriozum.

Sygnatariusze listu do radnych albo na oślep bronią tego co im się udało już załatwić albo zdecydowanie mylnie interpretują rzeczywistość. Nie wierzę, że przez pytania o obowiązujące zasady i w efekcie też o gospodarność przy zarządzaniu mieniem publicznym, można obawiać się, że radni chcą skomercjalizować sport, czy obłożyć wysokimi kontrybucjami zajęcia prowadzone na rzecz najmłodszych. To byłby wyraźny sygnał, że nie dostrzegają realnego problemu.

Nie zauważają sedna, czyli chęci przyjrzenia się sposobowi zarządzania, które powinno łączyć potrzeby klubów, z potrzebami mieszkańców oraz troską o stan obiektów warunkujący ich pełne wykorzystanie. Radni nie mogą tego dokonać inaczej niż poprzez posiadane instrumenty. Nie muszą oni znać się na sporcie, aby potrafić ocenić działanie i policzyć koszty. Jeśli ktoś chce nagle sporą kwotę z budżetu miasta, to jest to sytuacja, która powinna zaniepokoić. Być może jest taka potrzeba. Nie trzeba zaraz alergicznie reagować, tylko udostępnić radnym informację, żeby także mieli przekonanie, iż wszystko funkcjonuje bez zastrzeżeń. No chyba, że ma się coś do ukrycia.

Dla sportowców „oczywiste jest, że trzeba pieniądze budżetowe dokładać”, jednak w liście nie poświęcają ani jednego zdania na temat sposobu zdobycia tych pieniędzy. Nie ma w nim żadnego pomysłu, propozycji, sugestii, jak uczynić efektywnym korzystanie z posiadanej bazy sportowej. Uderzają za to w najdelikatniejszą strunę, czyli dobro najmłodszych. Jasne, dzieci i ich rozwój szczególnym dobrem społecznym jest. I basta. To wiadomo. Ciągle jednak pozostaje pytanie: czy nie jest różnicowaniem dzieci na te, które mogą liczyć na grę na fajnej hali sportowej, bo należą do jakiegoś klubu sportowego, za który rodzice płacą dodatkowo, a który to klub ma do dyspozycji za darmo halę i nierzadko jeszcze jakieś kieszonkowe z kasy miejskiej na bieżącą działalność. Co maja powiedzieć dzieci, które interesują, czymś innym niż sport, na przykład grą na klarnecie. Czy na ich aktywność miasto także wydatkuje proporcjonalnie duże pieniądze?

Istna paranoja. Dlaczego sportowcy w swoim liście nie wyrazili troski o stan obiektów z których korzystają? Przecież nikomu nie przeszkadzają kiepskie prysznice, czy zepsute szafki na basenie? Klient nie przyszedł siedzieć w szatni tylko pływać? Klient niech się nie rozgląda za dużo, tylko ciach do wody... i pływać, bo ostatnie trzy wolne miejsca na torze nr 1 zeszły, ale jakiś chudy leszczyk zawsze się wciśnie?

W swoim liście nie wspomnieli, że cała ich własna działalność opiera się wyłącznie na wolontariacie, że po pieniądze na realizacje swoich potrzeb wcale nie idą w pierwszej kolejności do ratusza. Jak to możliwe, że tylko oczekiwania, co do standardów i ilości obiektów, a także jak najczęstszego z nich korzystania? Oczekiwania, które ciągle rosną. A co w zamian? Czemu nikt nie wspomina o dokonaniach innych niż sportowe wyniki, gdyż wyniki przekładają się wyłącznie na wymierne korzyści dla danego zawodnika i trudno weryfikowalną, bo i niedookreśloną, „promocję miasta Ciechanów”?

Czy siłownie w obiektach sportowych są tylko dla klubów? Czy mieszkaniec płacący podatki ma sobie abonament w jakiejś osiedlowej siłowni wykupić? Czy może ma założyć klub sportowy? Czy zakładając klub dostanie przydział na wejścia na halę albo będzie mógł liczyć na oddzielny tor na basenie? Czy musi jeszcze kogoś znać, gdzieś się zapisać? Tego nie wiadomo, bo konia z rzędem temu, kto powie na jakich zasadach można dostać przydział na korzystanie z miejskiej hali.

Kto jak kto, ale sportowcy powinni najlepiej znać znaczenie słów "fair play". Niestety, wychodzi na to, że sport to zaklęty krąg tylko dla wtajemniczonych, gdzie nie wolno się wtrącać, tylko przekazywać środki, i nie sprawdzać jak się nimi gospodaruje.

Może trzeba sobie przypomnieć postać Milona z Krotonu, wielkiego mocarza greckiego, starożytnego celebryty, pierwowzoru współczesnego kulturysty, którego z powodu własnej pychy rozszarpały wilki.

Wróć

Dodaj komentarz